written by

12/02/2017

Po niespełna dwutygodniowym pobycie w Polsce, w sobotę wróciłam do domu. Był to czas niebywale intensywny, pełen poruszających chwil spędzonych z rodziną. Trochę zabiegany, trochę męczący, tym samym dający niesamowite poczucie spokoju i bezpieczeństwa. Nie zdawałam sobie nawet sprawy jak bardzo tego potrzebowałam.1

Sam powrót natomiast, lot – był straszny. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek tak się bała. Dziwne stuki, uderzenia… to tylko przedsmak tego, co miało dziać się później. Podczas zniżania nagle zaczęło strasznie trząść, rzucać samolotem na wszystkie strony. Rozejrzałam się i na twarzach pasażerów rysowało się prawdziwe przerażenie. Nie mogłam swobodnie oddychać, zamarłam, ściskając dłoń, z jednej strony męża, z drugiej, syna. Modliłam się, by ten koszmar wreszcie się skończył, by znów poczuć grunt pod nogami. Po kilkunastu minutach schodzenia coraz niżej, z gęstej mgły wyłoniły się światła miasta… samolot wciąż bezwładnie przechylał się raz w prawo, raz w lewo… by po kliku sekundach pilot spokojnie posadził maszynę na pasie lotniska. Siedziałam jak sparaliżowana, nie dowierzając, że żyję…

Street Style from Nimbus Themes
Powered by WordPress